Minęły wakacje i niestety z braku auta po raz kolejny trzeba było korzystać z usług tego, czego w cywilizowanym świecie ludzie nie odważyliby się nazwać koleją.
W połowie sierpnia wyjechałem sobie na Węgry i po raz kolejny przyszło odkrycie, że wszędzie lepiej niż w Polandii.
Trzeba było najpierw dojechać do Katowic z przesiadką w Stargardzie Szczecińskim. Cała jazda na TLK, z tym, że w tym drugim na całe szczęście był wagon rowerowy, zwany też kuszetką Cyganów, lub pierwszą klasą dla biedaków. Wagonów oczywiście za mało, więc taki rowerowy, to często jedyna szansa, aby jechać nocą w znośnych warunkach (jeśli znośnymi chcemy nazwać rozkładanie karimaty i śpiwora na brudnych dechach). Ale to i tak nieźle - pociąg się nie spóźnił i udało się dotrzymać przesiadkę na pociąg do Słowackiej Żyliny. W Katowicach pani nawet wiedziała, w ramach jakiej oferty sprzedać bilet, aby do granicy było taniej. No cud. Prawdziwy cud.
Słowo o Słowackiej i Węgierskiej kolei: Obsługa na dworcach przeważnie uprzejma i kompetentna, ceny biletów podobne do Polskich, ale liczba połączeń i standard większości pociągów jedna trochę wyższy (bo gorzej być nie może?). No i nie ma tak, że przez pół trasy Żylina - Bratysława jedzie się z prędkością 60 km/h. Na Węgrzech widać sporo inwestycji w kolej, zwłaszcza w tabor. Na tyle ile jeździliśmy, mogę powiedzieć, że pociągi są punktualne, na większości linii obowiązuje takt (u nas nie do pomyślenia: "niedasię"). Standard wagonów podobny do polskiego, czyli bez rewelacji. Za to znajomość angielskiego stwierdziłem i na dworcach (nawet małych) i u obsługi pociągów.
Poniżej: lokalny pociąg z Estergom, do Budapesztu

Poniżej: Taka sobie lokomotywa na bardzo sympatycznej trasie przez pusztę do Debreczyna

Była też krótka wycieczka do Rumunii i tutaj bez większych zmian: wagony dzielą się na syf straszliwy oraz na bardzo wypasione i to wszystko w jednej cenie przejazdu osobówką (u nich to personal się nazywa). Mają sporo problemów z infrastrukturą, ale czystość dworców i znajomość angielskiego, a także przystępne ceny biletów na pociągi najniższej kategorii czynią w moich oczach tę kolej przyjemniejszą od polskiej.
Poniżej: Ten konkretny wagon miał dziurę w podłodze na środku korytarza. Zdarza się...

Dobra, wracamy do naszego wypizdowa: powrót od bratanków na polskim odcinku odbywał się po trasie Rzeszów - Słupsk z planowaną przesiadką w Stargardzie na osobówkę (Teraz to się pięknie regio nazywa. Jest to nowa nazwa 49 letniego problemu o nazwie EN57). Rzecz jasna już na początku podróży pani kasjerka wyleciała na mnie z ryjem, że koleżanki studentki mi towarzyszące nie mogą sobie kupić biletu w ofercie "wspólny przejazd", no bo "nie". Dopiero po zjebie pani raczyła wydać bilety (upomniana także przez kolegę kasjera). Sama podróż mijała nam pośród chmur roztoczy, stęchlizny i kurzu w miarę przyjemnie aż do Poznania, odkąd pociąg zaczął łapać opóźnienia. I tak dojechaliśmy do Stargardu 25 minut po czasie, co skutkowało brakiem możliwości wykonania przesiadki. Wyobrażacie sobie jak to miło? Jechać z Rzeszowa ponad 15 godzin i dowiedzieć się, że dalej "ni ch..."? Nasze nerwy nie wytrzymały i narobiliśmy syfu o tyle skutecznie, że uzyskaliśmy możliwość dojazdu do Słupska następną TLK-ką, która jechała już za... 2,5 godziny.
Ech... fajniuchno.
Od tego czasu telepałem się koleją jeszcze kilka razy. Najważniejszą nowiną ostatnich tygodni jest to, że na linii Słupsk - Szczecinek zagościły dwa duńskie szynobusy, które zostaną tu na długo. Przez parę tygodni jeździł także polski, kilkuletni szynobus z Pesy. Jego pojawienie się na stacjach wróżyło pasażerom odciśnięte tyłki od siedzeń wygodnych niczym krzesło ogrodowe przymocowane do młota pneumatycznego. Przez jakiś czas prawie dwugodzinną podróż pasażerom umilał także smród kału, który przyjemnie podskakiwał sobie w próżniowym kiblu, którego nie miał kto opróżnić (podobno w Słupsku nie da rady tego zrobić). Oczywiście z ubikacji wtedy korzystać nie było wolno. Do tego na tej trasie pociągów jest ciągle mniej niż przez katastrofą w lipcu (czytaj tutaj), bo Przewozy Regionalne nie mogą się dogadać z Polskimi Liniami Kolejowymi na temat sygnalizacji na szlaku.
Z takich przygód, o których chciałbym wspomnieć tylko słówkiem, jest fakt odbycia przeze mnie podróży czymś takim:

Osoby, które nie miały okazji zrobić tego wcześniej, z zamierzają przeżyć coś niezapomnianego, zapraszam na linie kolejową Szczecinek - Chojnice, gdzie w przypływie czarnego humoru kolejarze wypuszczają to czasami na trasę. Na uwagę zasługuje niezwykłe amortyzowanie wstrząsów, w którym człowiek sam pełni rolę sprężyny/wahacza. Twórców tego czegoś należy wyróżnić również za chęć wprowadzenia rodzinnej atmosfery do wnętrza. Wyraża się to w tym, że siedząc na przeciwko kogoś, należy włożyć mu nogę pomiędzy kolana, bo innej możliwości nie ma. Z resztą, same siedzenie nie jest takim "hop-siup". Arcywygodne siedzenia, sprawiają, że już po 20 minutach jazdy chcemy wstać i nigdy więcej już w życiu nie usiąść. Silnik pracuje tak cicho, że wprowadza nas w klimat jatki frontowej z I wojny światowej. Charakterystyczne szarpnięcia towarzyszące zmianie każdego biegu (robi się to tak jak w ciężarówce) sprawiają, że nie jesteśmy w stanie ani na chwilę zapomnieć w czym się znajdujemy (niestety niezmienne pozostaje pytanie: dlaczego?) Kibel przypominał to, w czym łajkę wysłano na księżyc (już nie wróciła na ziemię). Ogrzewanie posiada chyba dwa stopnie: "piekło" oraz "odmrożenie kończyn". Szyby z jelcza 120M żywcem wyjęte, szczelność podobna. Dość...
Pogromca linii kolejowych: miluchne wnętrze...

I jeszcze ostatnia przygoda (to znaczy było ich więcej, ale wiem, że szykuje się zima i wszystkie wkrótce zbledną przy tym, co nas tradycyjnie czeka w gierkowskim potworze EN57 i niewiele nowszych wagonach TLK)
21 listopada przyjechałem do Gdańska Gł. na godzinę 15:24 pociągiem TLK od strony Bydgoszczy. W budynku dworca sprawdziłem o której mam następny TLK w kierunku Słupsku (16:34). Wróciłem na dworzec odpowiednio wcześniej, na 16:25. I od tego momentu zaczyna się już czeski film.
Wszystkie wyświetlacze na peronie drugim, z wyjątkiem jednego, nie działają, ten zaś który działa, funkcjonuje połowicznie (peron drugi), komentarze z megafonu są kompletnie niezrozumiałe (bełkot), dało się z tego wyłowić poszczególne słowa, takie jak "pociąg", "Przewozy Regionalne", "Intercity". Padł komunikat kompletnie nie zrozumiały, a na jedynym sprawnym wyświetlaczu pojawił się napis: opóźnienie: 30 minut. Oczywiście stało się to o godzinie 16:38, czyli już po planowanym odjeździe.
Zszedłem do przejścia po coś do jedzenia, bo nie spodziewałem się, że moja podróż z Bydgoszczy ostatecznie potrwa 7 godzin i zjeść coś trzeba. Dokładnie 7 minut później jestem już na stacji przy samym budynku dworca i widzę wjeżdżający od strony Tczewa pociąg TLK. Padł jakiś komunikat (blelelelele, buatrrrrrrrrrrrrr sru, blalalala): zero szans zrozumienia. Pociąg stał przy peronie może minutę po czym pojechał w siną dal. Zaznaczam, że gdybym zrozumiał, to co pani mówi do mikrofonu, to może bym i pogalopował, ale skąd miałem się domyślić, że 30 minut dla kolei, dzięki magicznym słowom "opóźnienie może ulec zmianie" oznacza tak naprawdę minut 12? Na peronie było na prawdę zimno, wiał wiatr.
Mówię sobie nic to, skoro następny pociąg miał być dokładnie o 17:10. Z peronu postanowiłem się już nie ruszać, ale oto słyszę kolejny bełkot i widzę jak na jedynym czynnej tablicy dopisuje się 20. Po 20 minutach mamy 40. Finalnie pociąg odjechał 50 minut po czasie, głosu z głośniku już nawet nie słyszałem. Przy okazji poczyniłem ciekawe spostrzeżenie. Papierowa tablica odjazdów na peronie 2 znajduje się przy krańcu tczewskim, przyjazdy, 200 metrów dalej w stronę Gdyni.
Ale to nie koniec jeszcze. Około 17:30 dojechała na dworzec SKM z Pruszcza w kier. Słupska. Ludzie, myśląc, że to właśnie któryś z zagubionych TLK wsiedli do tego pojazdu (co było dalej, można się spodziewać...)
Jakoś w końcu do Słupska dotarłem, następnego dnia miałem 38.5 i jakieś przeziębienie. nic to, nic to...
A za parę dni poznamy nowy rozkład jazdy na 2010/2011. Po za tym zima to zawsze kupa śmiechu. Także zapraszam serdecznie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz