Ale najpierw krótko o moich najnowszych perypetiach. Na początku czerwca wybraliśmy się z dziewczyną w małą podróż po Polsce na biletach weekendowych. Trasa: Bydgoszcz - Warszawa - Poznań - Wrocław - Bydgoszcz. Nie były to jeszcze wakacje, toteż wielkiego tłoku nie było w wagonach. Ale przygody, owszem - były. To był chyba 6 czerwca.
Po godzinie 7 rano TLK z Bydgoszczy do Warszawy. Wagony - stare i śmierdzące w korytarzach, ale to co nas spotkało w przedziałach przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Po 2-3 minutach spędzonych w środku dostaliśmy jakiegoś ataku kataru, łzawienia i kaszlu. Gdy walnęło się ręką w siedzenie, w powietrze leciała momentalnie wielka chmura kurzu. Zastanawiam się, czy ktokolwiek, przez (na oko) jakieś 30 lat istnienia tego wagonu odkurzył kiedykolwiek siedzenia. No dobra, jest okej, w każdym razie pociąg jedzie, a że jak zwykle do Warszawy dojeżdża opóźniony kilkanaście minut, to już nawet nie zwracam uwagi. Kto by to liczył.
W stolycy kilka godzin i dalej w podróż. Mieliśmy jechać składem do Bydgoszczy i w Kutnie przesiąść się na TLK do Poznania (ponieważ koleżanka wracała do Bydgoszczy), no ale ze względu na kolejne spóźnienie pociągu do Bydgoszczy, jednak pojechaliśmy prosto do Poznania. I tutaj wielkie zaskoczenie, o dziwo pozytywne. Skład TLK po godzinie 19 to był wypas. Bezprzedziałowe wagony, klimatyzacja, czyste kible (chociaż nie mogło być cudownie - w naszym wagonie był jeden popsuty i śmierdziało w całym wagonie kałem w odstępach kilkuminutowych). Prawdopodobnie był to skład ściągnięty z jakiegoś EIC, nie wiem, czy jeździ taki na co dzień. No ale znowu - spóźnienie. Kilkanaście minut, no ale nasz pociąg do Wrocławia już nie czekał i omyłkowo wsiedliśmy do innego TLK jadącego do Katowic przez Żmigród. Trochę w tym naszej winy, trochę pkp, bo szczekaczka wyraźnie zapowiadała pociąg do Katowic przez Wrocław. No dobra. Mimo braku wody w kiblu jakoś do Katowic dojechaliśmy (nawet bez spóźnienia), a dalej przesiadka w Katowicach i do Wrocławia jakoś dało radę.
Powrót też był ciekawy o tyle, że z Wrocławia jakoś do Poznania w syfie dojechaliśmy, ale w Poznaniu mieliśmy już dodatkowe minutki, bo TLK do Gdyni ponownie złapał, z tego co pamiętam, jakieś 20 minut opóźnienia.
Prawdziwy podarunek od losu czekał mnie natomiast podczas podróży z Bydgoszczy do Słupska przez Trójmiasto. Sama podróż odcinkiem Bydgoszcz - Gdańsk trwała prawie 4 godziny. Podróż, zwłaszcza od Bydgoszczy do Laskowic Pomorskich to prawdziwa przygoda, ponieważ często jedzie się z prędkością 30 km/h a nawet i wolniej. Przesympatycznie tak się jedzie (nie rozumiem, dlaczego przewoźnicy autobusowi nie jeżdżą do Trójmiasta z Bydzi, przecież przy tym podejściu PKP PLK do torowisk była by to żyła złota). W Gdańsku czekam na TLK Białystok - Szczecin, czyli dawnego Rybaka. Czekam, czekam, choćby na zapowiedź, ale jej nie ma. Po chwili jest: 60 minut w plecy. Aha, myślę sobie, to idę na miasto. Wracam po 50 minutach, żeby mnie PKP w konia nie zrobiło, że jednak przyjechał wcześniej, co przecież się zdarzało mi już wcześniej. A tu informacji nie ma żadnej: ani na tablicach, ani megafonowej. Czyżby pociąg zniknął? Idę więc do informacji zapytać co też się stało. Ano stało się to: "a tu się coś zepsuło na tablicy, ale ja zaraz zadzwonię, żeby zrobili. A ten pociąg to teraz ze 100 minut opóźniony". Ostatecznie spóźniony był minut 120, przez 50 minut mojego oczekiwania na peronach nikt o spóźnieniu przez megafon nic nie powiedział. Na przodzie pociągu dwie lokomotywy - znać, że jedna powiedziała "nie" (bo wiecie, lokomotywa, która ma prawie 40 lat, może się czasem popsuć). Pasażerom nie bardzo, ale konduktorowi humor dopisywał ("nam płacą za godziny, im dłużej jedzie, tym więcej dostajemy"). Wagony - burdno. I pomyśleć, że jeszcze 4 lata temu ten pociąg wyglądał na prawdę przyzwoicie.
Następna podróż wypadła mi 9 lipca. No tu, to już się wkurwiłem (przepraszam wrażliwych, ale może ktoś z kolei przeczyta, bo jest to słowo, którego pasażerowie używają bardzo często w stosunku do realiów podróży: "kurwa", "wkurwiło", "wkurwiająca/y").
TLK Łeba - Wrocław. Odjazd ze Słupska, chyba 23:26. Pociąg ciągnie 5 wagonów, w tym (uwaga!) 3 z kolonią i 1 pierwszej klasy. Dla pasażerów udostępniono jeden wagon 2 klasy. Było tak na całym odcinku z Łeby do Białogardu (około 180 kilometrów) i dopiero tam, bo wielkich męczarniach (postój trwał chyba 30 minut) dołączono kolejne wagony z Kołobrzegu, które były trochę luźniejsze. Na odcinku ze Słupska do Białogardu było pełno ludzi stało na korytarzu, od Sławna już w ścisku niemal jak bydło. Ale spoko, sądząc po tym, co dzieje się w innych pociągach to i tak możemy uznawać się za szczęśliwców. Polecam przeczytanie tego:
Spoko klimat: pasażerowie biją się o miejsce w pociągu. Fajnie, że mają jeszcze tyle sił, bo ja, gdy wchodzę do jakiegoś sezonowego TLK, to mam ochotę tylko płakać, lub wymiotować.

Linia Wrocław - Międzylesie. Bardzo sympatyczna linia, tylko zapuszczona, jak większość torów w PL
Wracając do opowieści - skład przyjechał do Wrocławia opóźniony 30 minut i cudem poczekał na nas pociąg do Pardubic (my wysiadaliśmy w Kłodzku). Zdyszani ledwo zdąrzyliśmy wsiąśc a już jakaś nadgorliwa amatorka pana Jezusa natarła na nas z pazurami, że niby do lekarze przez nas nie zdąży. Atak słowny został skutecznie odparty, a my już spokojnie dojechaliśmy do Kłodzka eleganckimi czeskimi, czystymi wagonikami. Jechało się na prawdę fajnie. Dalej chcieliśmy dojechać do pociągiem do Kudowy, jednak Przewozy Regionalne powiedziały "nie" ze względu na katastrofalny stan torów i na tej trasie (jednej z najpiękniejszych w Polsce) jeżdżą już obecnie tylko autobusy.

Sympatyczny przedział czeskiego wagonu
Powrót także obfitował w przygody. Już zakup biletów na stacji Kłodzko Miasto to przygoda nie z tej ziemi. Chamstwo kasjerek oraz nieznajomość przez nich zakresu obowiązywania ofert stawia ich kasę w górnym rzędzie najfajniejszych kołchozów w Polsce. Po wyjściu z tego przybytku już spokojnie czekaliśmy na pociąg, kiedy z megafonów popłynął bełkot uświadamiający wszystkim szczęśliwcom opóźnienie pociągu rzędu 30 minut, a potem chyba 40. Już na tym etapie wiedziałem, że we Wrocławiu możemy mieć problemy z przesiadką na TLK do Poznania (tam chcieliśmy spędzić noc). Potwierdził to tylko bezbłędny konduktor, który wprawdzie nie wiedział o której odjeżdża nasz TLK z WRO, ale stwierdził, że 30 minut na przesiadkę (które mieliśmy) to teraz mało w obliczu tego całego syfu na kolei i następnym razem radzi planować podróż z 2 godzinnymi przesiadkami, bo we Wrocławiu jest remont dworca (potrwa dwa lata, hurra!). No a poza tym "jedyna nadzieja, że tamten też się spóźni) i "wszystko się psuje, a zwłaszcza te jednostki" (o złomie EN-57). Oczywiście do Wrocławia opóźnienie jeszcze wzrosło i mowy o przesiadce nie było.
Ostatecznie zrezygnowaliśmy więc z wizyty w Poznaniu i pojechaliśmy prostu do Słupska nocnym TLK (relacja Wrocław gł. - Łeba, czyli ten sam, którym tu przyjechaliśmy). Tutaj, poza tym, że w naszym przedziale mieliśmy wyrwane z prowadnic drzwi, które smętnie zwisały niczym owiewki w samolotach myśliwskich, było ok. I nawet punktualnie na miejsce dojechaliśmy.
Uff. Koniec. Za parę dni część dalsza.
P.S - Info na dzisiaj: w PKP IC nie ma już w nocnych pociągach ochroniarzy. Podobno się nie sprawdzili. Ale jak nie wiadomo o co chodzi, to...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz