Nie spodziewałem się, że kiedyś zabraknie mi słów na opisanie tego nieskończenie wielkiego jak "niekończąca się opowieść" burdelu, cyrku, porażki, klęski. Mowa o ataku srogiej zimy, która rozłożyła trakcję elektryczną od Warszawy po Kraków, a z którą kolejarze od soboty nie mogą sobie dobrze do dzisiaj (czwartek) poradzić. Oczywiście okazało się, że nie istnieją procedury awaryjne na kolei, że z tysiącami ludzi w składach nie wiadomo co zrobić. Wytworzył się burdel nie z tej ziemi. Można o tym poczytać TU, albo TU. Na dokładkę jeszcze z lokalnych mediów TU.

Zdjęcie na podwieczorek: pociąg relacji Zagórz - Jasło na stacji początkowej. Od stycznia w ogóle już nie kursuje. Przeczytasz o tym w poprzednim moim wpisie.
Zastanawiam się, co zrobi kolej, aby przyciągnąć do siebie klientów, którym zafundowała spóźnienia po 500 minut i więcej. W normalnym kraju przewoźnik (podobnie jak linie lotnicze to robią) musiałby wypłacić odszkodowania swoim klientom. Jednak u nas ludzie, którzy płacą krocie za bilety na pociągi, które są w przeważającej większości zimne, brudne i bez wody w kiblach (o tym szerzej za chwilę), traktowani są jak bydło, jak nic. Skargi można pisać do pani zimy, albo do dziadka mroza, bo to oni w komitywie rozpieprzają szyny, sieć trakcyjną, złośliwie zasypują zwrotnice i wpuszczają do pociągów swojego przyjaciela: śnieg. Nikomu z matołów od góry do dołu (rządzący zwolnili do połowy 2011 roku przewoźników kolejowych dalekobieżnych z obowiązku wypłat odszkodowań za opóźnienia) nie przyszło do głowy, że człowiek, który spędził na środku pola w zimnym przeważnie pociągu kilkaset minut, a któremu nie wypłaci się odszkodowania za poniesioną stratę, będzie miał w dupie kolej aż do końca (swoich albo jej) dni. Później będzie jęczenie, błaganie o dotacje z moich i Waszych podatków, będą zamykane linie i obcinane kursy. Wszystko przez tych wrednych podróżnych, którzy przesiądą się do autobusów, samolotów (tak, tak) i własnych aut.
Napiszę może jednak o swoich wrażeniach z podróży, bowiem miałem okazję pojeździć ostatnio troszeczkę. Polecę starą formułą po datach:
7 stycznia: W kasie w Słupsku próbuję kupić RegioKarnet. To całkiem sympatyczna promocja, która pozwala zaoszczędzić sporo na biletach jeśli jeździmy pociągami Regio (czyli osobowe) lub InterRegio spółki Przewozy Regionalne (o szczegółach przeczytasz TU). Oczywiście już na wstępie problem. Normalnie być przecież nie może. Jak się okazuje, pani w kasie PKP IC nie wie jak sprzedać mi taki bilet (oferta obowiązuje chyba od dwóch lat), a kasach PR akurat nikogo nie ma. Przyznaje jednak, że kasjerka zachowała się przynajmniej grzecznie: poszukała, popytała i już po 10 minutach stania przy okienku miałem bilet.
Wsiadam do pociągu osobowego Słupsk - Szczecinek (stare wagony piętrowe rządzą!), sobie siadam i jadę. Im szybciej tym gorzej: z nieszczelnych okien zawiewa śniegiem, tak samo z drzwi. Niektóre z nich z resztą na mrozie są prawie nie do ruszenia (dla laików: drzwi ważące kilkadziesiąt kilo albo więcej rozsuwa się w starych piętrowych ręcznie), no ale w końcu planowo docieram do Szczecinka i nawet się zastanawiam, czy na chwilę do knajpy nie wpaść, no ale za mało czasu jest.
Następna osobówka do Poznania też przyjeżdża o czasie. W środku ciepło, tylko rzuca pasażerami jak szmatami na maszcie po siedzeniach, no ale taka to już wygoda podróżowania składami, które konstrukcyjnie są w latach 60-tych. W Pile kolejne przejście do pociągu już do samej Bydgoszczy. O dziwo też wszystko wyszło planowo i bez problemu. Może za wyjątkiem siedzeń, które mogłyby służyć jako korektor wad postawy dla dzieci do lat 6. Super wygoda siedzenia na metalowej obitej materiałem ławie, pozbawionej podparcia na barki. Taki tam niuans. To, że we wszystkich trzech pociągach brakowało wody, to też tylko szczególik nic nie znaczący.
9 stycznia: Podróż do Warszawy i z powrotem na świetną wystawę malarstwa Jacka Malczewskiego (polecam mocno: szczegóły TU). Kupujemy sobie z partnerką po bilecie podróżnika za 65 złotych (szczegóły oferty TU) i śmiało do wagonu. TLK Bydgoszcz - Lublin (pierwszy raz w życiu jechałem teelką). Prędkość do Torunia słabiutka, a do tego jeszcze prace przy wycince drzew przy torach, ale jeszcze jedziemy o czasie. W kiblu oczywiście wody brak, ale za to są świeże chusteczki mydło. Mydło można zjeść, a z papieru zrobić sobie samolot. W końcu, do samolotu mogliśmy strzelać śnieżnymi kulami, bowiem gdzieś w okolicach Kutna śniegu w przedsionkach, nawianego z nieszczelnych drzwi, było już sporo. Tutaj właśnie pociąg stanął i po zrobieniu ze dwa razy po 500 metrów zatrzymał się na dobre (w międzyczasie zmieniliśmy przedział, bo wcześniej trafiliśmy na jakieś nieciekawe, a rozgadane przy okazji, moherowo-polsko--harlekinowe towarzystwo). Stał tak sobie 60 minut. Niektóre przedziały rozgrzane do czerwoności, na korytarzu z kolei zimno (pytanie pasażerki: "panie konduktorze, czy mógłby pan zmniejszyć to ogrzewanie?" odpowiedź: "mogę wyłączyć, ale wtedy mogę już nie włączyć, więc jak pani za ciepło, to proszę wyjść na korytarz". i git). Ostatecznie turbodymomen TLK dotarł 80 minut opóźniony (na tablicach było, że 60) do Warszawy Centralnej.
Z powrotem pociąg tej samej relacji. Jeszcze na 10 minut przed przyjazdem nie jest pokazywany na elektronicznych tablicach, ale już za chwilę informacja, że jest 40 minut spóźniony. Okazało się, że w sumie możemy i tak się cieszyć, bo właśnie zaczynała się apokalipsa i składy z południa (głównie z Krakowa) miały po 6 godzin w plecy). Na dworcu burdel nie z tej ziemi - kolejka do informacji olbrzymia. W końcu nasz pociąg odjeżdża i poza iskrami z sieci trakcyjnej (to właśnie oblodzenie przewodów rozłożyło kolej na południu) jest normalnie. Oczywiście tylko wody w kiblu nie ma. No cóż. To są TANIE linie kolejowe (ładne mi tanie; gdybym jechał nie z biletem podróżnika, a na normalnych bilecie, zapłaciłbym w dwie strony 100 złotych).
10 stycznia. Powrót do Słupska z Bydgoszczy. Jako, że miałem bilet podróżnika, ważny aż do poniedziałku do 6 rano, zdecydowałem, że do Piły kupię sobie bilet na osobówkę, a dalej pojadę TLK rel. Przemyśl - Gdynia przez Słupsk, właśnie na tym bilecie, oszczędzając przy tym RegioKarnet na inną okazję. Trochę to zagmatwane, ale jak ktoś zajrzy do szczegółów oferty karnetu, to zrozumie.
W każdym razie odjazd osobówki (sorry, REGIO wypasu, klocowatego tworzywa EN57) 6 minut po czasie, bo tradycyjnie czekamy na coś innego (to się zdarza prawie codziennie, mimo to nikt nie zmienił godzin odjazdu). Wody w kiblu, a jakże, brak. Na szczęście w Pile w miarę o czasie (tylko 10 minut na przesiadkę w TLK). I teraz najlepsze: słyszę z megafonu: "pociąg TLK z Przemyśla do Gdyni przyjdzie z opóźnieniem ok. 20 minut" (planowy przyjazd 19:23, odjazd 19:26). Dobra, myślę, po coś do żarcia pójdę, bo inaczej z głodu zdechnę. Przy peronach jestem z powrotem o godzinie 19:36, pociągu już nie ma, za to tłumek jakiś się pojawił. Po chwili okazuje się, że pociąg właśnie odjechał. Poszedłem do kas zapytać o co chodzi w tym burdelu, ale panie wmawiały mi, że pociąg na stacji był jeszcze 19:40 (bzdura), i że powiedział pan zapowiadający słowo "około", gdy mówił o tych 20 miunutach. Akurat tak się zdarzyło, że chwilę po moim pociągu (który był już gdzieś w połowie drogi do Szczecinka) pan "megafoniarz" zapowiadał inny pociąg, tym razem z Chojnic, przy czym za pierwszym razem mówił o 90 minutach, chwilę później już o 60. Zapytałem panie, czy tak właśnie na kolei wygląda "około", a w odpowiedzi dostałem do wypełnienia, UWAGA: księgę skarg i wniosków! Tak, dokładnie, taką samą jaka była w sklepach za PRL. Popatrzyłem na to z politowaniem, strasząc wystąpieniem z listem do dyrektora całego tego burdelu (wkrótce mi odeszły chęci na to, bo to przecież bezcelowe jest zupełnie).
Na szczęście za chwilę wjechał InterRegio, którym udało mi się zabrać dzięki temu, że miałem RegioKarnet. Ledwo na niego zdążyłem w ferworze kłótni z kasjerkami. Przez pierwszą godzinę jazdy, byłem tak wściekły całą sytuacją, że aż ze mnie parowało. Potem też ze mnie parowało, bo w megasuperEN57 było chyba z 30 stopni na plusie, jak nie lepiej. Na szczęście wietrzenie przedziału, które wykonałem w Koszalinie, coś pomogło i nie uległem szokowi termicznemu. W kiblu oczywiście wody brak, a do tego doszła atrakcja z rozwalonym zamkiem, który otworzyłem dopiero po użyciu siły. Niezbyt silna kobieta na 100% by się w tej "ubikacji" zatrzasnęła na amen.
Uff. Jak ja lubię pociągi.
Na parę dni przerwa, bo zawału dostanę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz