poniedziałek, 27 grudnia 2010

Przewozy Regionalne Story

W Polsce po kilkunastu latach trwania burdelu na kolei i burdelu de-luxe w wersji totalnej w ostatnich dwóch latach, panowie posłowie w sejmie w końcu raczyli zauważyć problem. Poleciały łby, a co będzie dalej, czas pokaże, chociaż ja tam optymistą zbytnim nie jestem. Patologia jest już tak wielka, że należałoby to wszystko chyba wysadzić w powietrze i budować od nowa.

Zamiast podsumowania roku, mam dla Was kilka nowinek z życia wziętych. To tylko trzy moje zderzenia z koleją w grudniu, wszystkie są tragiczne w skutkach. Ale spoko, kiedyś walnę na zawał i przestanę pisać. Albo zamarznę w EN57. Będzie spokój.

Przyznaję się, że ostatnio po tyłku dostaje się ode mnie PKP Intercity i ich prześwietnemu produktowi pod tytułem "TLK" (ostatnio okazało się, że oznacza to jednak Twoje Linie Kolejowe, a nie Tanie Linie Kolejowe. Ale możliwe jest też, że samo PKP nie wie jak to się nazywa. W każdym razie nie są ani moje, ani tym bardziej tanie. Są Trupio-nędzne). Ostatnio jednak dwukrotnie udało mi się dojechać na miejsce TLK-ką z jakimś w miarę niewielkim opóźnieniem, ale za to z działającym ogrzewaniem nawet (jak się zapchało szpary w szybach papierem toaletowym z kibla, to już w ogóle luksus), także dzisiaj o innej kolejowej spółeczce, która frontem (okopy pod Verdun?) staje do klienta. Nazywa się to Przewozy Regionalne i dzisiaj pochwaliło się, że w wigilię odwołało tylko 41 pociągów w całym kraju. Sukces.

Jazda 19 grudnia, rel. Bydgoszcz Gł. do Słupska przez Chojnice. W miarę normalnie było do Chojnic (chociaż po drodze była przesiadka w Wierzchucinie, której w internetowym rozkładzie nikt nie odnotował), dokąd jedzie się prywatną koleją Arriva PCC. No... prawie normalnie, bo kurs Wierzchucin - Chojnice obsługiwał szynobus z PESY z "wygodnymi inaczej" siedzeniami. Ale książkę czytałem o wojnie rosyjsko-japońskiej i może to mnie jakoś na duchu podnosiło, że tam to wtedy gorzej mieli...

W Chojnicach czekało już na mnie najgorsze, czyli potwór SN81.



Błagałem Najwyższego, żeby zabrał to jak najdalej ode mnie, że może jednak nie dzisiaj, że ktoś inny przyjmie ten krzyż na siebie. Pan wysłuchał moich próśb - po wejściu do pustego pojazdu (nie było nikogo z obsługi, papiery i utarg leżał sobie na fotelu obok mnie) za chwilę przyszedł Pan kolejarz i powiedział, że na dzisiaj to już to nigdzie nie pojedzie i żebyśmy wyszli i czekali na coś w zamian. Jego mina, gdy to mówił, nie wyrażała zdziwienia - psuje się to podobno parę razy w tygodniu.


Wygodne wnętrze SN81




Tak więc jest nieźle, bo jazda SN81 przy plus 2, to było przeżycie ekstremalne, ale przy -12, to już raczej słaby żart.

Problem polegał na tym, że ja w Szczecinku miałem mieć tylko 6 minut na przesiadkę, a po 6 minutach zastępcze "coś" jeszcze nie przyjechało. Ostatecznie zziębniętych pasażerów zabrał duński szynobus pożyczony przez Przewozy Regionalne, tyle, że przy dojeździe do Szczecinka było już +25 minut. Zgłosiłem chęć przesiadki w Szcz., na co po chwili przyszła do mnie zadowolona konduktorka z tekstem: "na szczęście tamten też jest spóźniony". Aha. To git.

"Tamten", "ten", "to" - to było dobre określenie tego, co czekało na mnie w Szczecinku (regio rel. Poznań - Słupsk). Znalezienie odpowiedniego wejście nie było łatwe - połowa drzwi zablokowana, z karteczkami "drzwi nieczynne", w środku temperatura bliska tej panującej na zewnątrz. Szyby oblodzone, przedsionki całe w śniegu, a drzwi pomiędzy przedziałami się nie domykają. Ale najlepsze były i tak zajebiste plastikowe siedzenia (przejechanie trasy trwa w teorii 5 godzin i 30 minut). Co 30 minut wstawałem pochodzić wzdłuż pociągu, żeby nie zamarznąć. W końcu 40 minut po czasie dojechaliśmy do Słupska i ludzie w popłochu uciekli z tego jeżdżącego pomnika gomułkowskiej techniki.





Co na to dyrektor Labuda? Ano, że "zdarza się". CZYTAJ TU.

Dwa dni później Kinga wracała z BDG do SLU. Sytuacja jeszcze lepsza. Już w BDG regio do Piły miał 25 minut opóźnienia, które później tylko rosło. Ale w konsekwencji i tak nie miało to znaczenia, bo pociąg, którym miała z Piły dojechać do Szczecinka (regio Poznań - Kołobrzeg) w ogóle nie dotarł. Po 1,5 godziny dotarł do Piły regio w kierunku Słupska i po kilku postojach po drodze udało się jej dotrzeć do Słupska już 3 godziny po czasie. Co się stało z ludźmi chcącymi dotrzeć do Kołobrzegu? Nie wiadomo.

No i przypadek z 25 grudnia. Pociąg regio Słupsk - Szczecin dał radę dojechać do Sławna i tylko dwa razy zdążył popsuć się w Reblinie po drodze (co się działo dalej, nie wiem). Z powrotem natomiast nie udało się już wrócić, bo osobówka po 16:30 miała tylko 90 minut opóźnienia (podobno lód na trakcji, ale ja nie wierzę...). Oddaliśmy bilety (nie było problemu o dziwo) i do Słupska wróciliśmy samochodem znajomego.

Po tych kilku przypadkach mam dość kolei na jakiś czas, chyba, że będę musiał. Może poczekać aż zakończy się ta "mordercza" zima?

Na koniec news: od 1 grudnia wzrastają ceny za bilety we wszystkich spółkach. Tylko studenci zapłacą od nowego roku 49 % ceny biletu. Szkoda, że sobie dłużej nie postudiowałem. Z drugiej strony - furmaną wygodniej.

Pozdrawiam i szczęśliwego nowego roku.

niedziela, 28 listopada 2010

Kolej ciągle zaskakuje. Wspomnienia masochisty

Kolejny post na blogu: tak więc widzicie Państwo, że wciąż jeszcze mam ochotę walczyć ze ścianą. Nie wiem tylko jak długo, bo po ostatniej walce wciąż nie mogę dojść do siebie. Ale o tym na końcu.

Minęły wakacje i niestety z braku auta po raz kolejny trzeba było korzystać z usług tego, czego w cywilizowanym świecie ludzie nie odważyliby się nazwać koleją.
W połowie sierpnia wyjechałem sobie na Węgry i po raz kolejny przyszło odkrycie, że wszędzie lepiej niż w Polandii.

Trzeba było najpierw dojechać do Katowic z przesiadką w Stargardzie Szczecińskim. Cała jazda na TLK, z tym, że w tym drugim na całe szczęście był wagon rowerowy, zwany też kuszetką Cyganów, lub pierwszą klasą dla biedaków. Wagonów oczywiście za mało, więc taki rowerowy, to często jedyna szansa, aby jechać nocą w znośnych warunkach (jeśli znośnymi chcemy nazwać rozkładanie karimaty i śpiwora na brudnych dechach). Ale to i tak nieźle - pociąg się nie spóźnił i udało się dotrzymać przesiadkę na pociąg do Słowackiej Żyliny. W Katowicach pani nawet wiedziała, w ramach jakiej oferty sprzedać bilet, aby do granicy było taniej. No cud. Prawdziwy cud.

Słowo o Słowackiej i Węgierskiej kolei: Obsługa na dworcach przeważnie uprzejma i kompetentna, ceny biletów podobne do Polskich, ale liczba połączeń i standard większości pociągów jedna trochę wyższy (bo gorzej być nie może?). No i nie ma tak, że przez pół trasy Żylina - Bratysława jedzie się z prędkością 60 km/h. Na Węgrzech widać sporo inwestycji w kolej, zwłaszcza w tabor. Na tyle ile jeździliśmy, mogę powiedzieć, że pociągi są punktualne, na większości linii obowiązuje takt (u nas nie do pomyślenia: "niedasię"). Standard wagonów podobny do polskiego, czyli bez rewelacji. Za to znajomość angielskiego stwierdziłem i na dworcach (nawet małych) i u obsługi pociągów.


Poniżej: lokalny pociąg z Estergom, do Budapesztu


Poniżej: Taka sobie lokomotywa na bardzo sympatycznej trasie przez pusztę do Debreczyna


Była też krótka wycieczka do Rumunii i tutaj bez większych zmian: wagony dzielą się na syf straszliwy oraz na bardzo wypasione i to wszystko w jednej cenie przejazdu osobówką (u nich to personal się nazywa). Mają sporo problemów z infrastrukturą, ale czystość dworców i znajomość angielskiego, a także przystępne ceny biletów na pociągi najniższej kategorii czynią w moich oczach tę kolej przyjemniejszą od polskiej.

Poniżej: Ten konkretny wagon miał dziurę w podłodze na środku korytarza. Zdarza się...



Dobra, wracamy do naszego wypizdowa: powrót od bratanków na polskim odcinku odbywał się po trasie Rzeszów - Słupsk z planowaną przesiadką w Stargardzie na osobówkę (Teraz to się pięknie regio nazywa. Jest to nowa nazwa 49 letniego problemu o nazwie EN57). Rzecz jasna już na początku podróży pani kasjerka wyleciała na mnie z ryjem, że koleżanki studentki mi towarzyszące nie mogą sobie kupić biletu w ofercie "wspólny przejazd", no bo "nie". Dopiero po zjebie pani raczyła wydać bilety (upomniana także przez kolegę kasjera). Sama podróż mijała nam pośród chmur roztoczy, stęchlizny i kurzu w miarę przyjemnie aż do Poznania, odkąd pociąg zaczął łapać opóźnienia. I tak dojechaliśmy do Stargardu 25 minut po czasie, co skutkowało brakiem możliwości wykonania przesiadki. Wyobrażacie sobie jak to miło? Jechać z Rzeszowa ponad 15 godzin i dowiedzieć się, że dalej "ni ch..."? Nasze nerwy nie wytrzymały i narobiliśmy syfu o tyle skutecznie, że uzyskaliśmy możliwość dojazdu do Słupska następną TLK-ką, która jechała już za... 2,5 godziny.
Ech... fajniuchno.

Od tego czasu telepałem się koleją jeszcze kilka razy. Najważniejszą nowiną ostatnich tygodni jest to, że na linii Słupsk - Szczecinek zagościły dwa duńskie szynobusy, które zostaną tu na długo. Przez parę tygodni jeździł także polski, kilkuletni szynobus z Pesy. Jego pojawienie się na stacjach wróżyło pasażerom odciśnięte tyłki od siedzeń wygodnych niczym krzesło ogrodowe przymocowane do młota pneumatycznego. Przez jakiś czas prawie dwugodzinną podróż pasażerom umilał także smród kału, który przyjemnie podskakiwał sobie w próżniowym kiblu, którego nie miał kto opróżnić (podobno w Słupsku nie da rady tego zrobić). Oczywiście z ubikacji wtedy korzystać nie było wolno. Do tego na tej trasie pociągów jest ciągle mniej niż przez katastrofą w lipcu (czytaj tutaj), bo Przewozy Regionalne nie mogą się dogadać z Polskimi Liniami Kolejowymi na temat sygnalizacji na szlaku.

Z takich przygód, o których chciałbym wspomnieć tylko słówkiem, jest fakt odbycia przeze mnie podróży czymś takim:



Osoby, które nie miały okazji zrobić tego wcześniej, z zamierzają przeżyć coś niezapomnianego, zapraszam na linie kolejową Szczecinek - Chojnice, gdzie w przypływie czarnego humoru kolejarze wypuszczają to czasami na trasę. Na uwagę zasługuje niezwykłe amortyzowanie wstrząsów, w którym człowiek sam pełni rolę sprężyny/wahacza. Twórców tego czegoś należy wyróżnić również za chęć wprowadzenia rodzinnej atmosfery do wnętrza. Wyraża się to w tym, że siedząc na przeciwko kogoś, należy włożyć mu nogę pomiędzy kolana, bo innej możliwości nie ma. Z resztą, same siedzenie nie jest takim "hop-siup". Arcywygodne siedzenia, sprawiają, że już po 20 minutach jazdy chcemy wstać i nigdy więcej już w życiu nie usiąść. Silnik pracuje tak cicho, że wprowadza nas w klimat jatki frontowej z I wojny światowej. Charakterystyczne szarpnięcia towarzyszące zmianie każdego biegu (robi się to tak jak w ciężarówce) sprawiają, że nie jesteśmy w stanie ani na chwilę zapomnieć w czym się znajdujemy (niestety niezmienne pozostaje pytanie: dlaczego?) Kibel przypominał to, w czym łajkę wysłano na księżyc (już nie wróciła na ziemię). Ogrzewanie posiada chyba dwa stopnie: "piekło" oraz "odmrożenie kończyn". Szyby z jelcza 120M żywcem wyjęte, szczelność podobna. Dość...

Pogromca linii kolejowych: miluchne wnętrze...


I jeszcze ostatnia przygoda (to znaczy było ich więcej, ale wiem, że szykuje się zima i wszystkie wkrótce zbledną przy tym, co nas tradycyjnie czeka w gierkowskim potworze EN57 i niewiele nowszych wagonach TLK)

21 listopada przyjechałem do Gdańska Gł. na godzinę 15:24 pociągiem TLK od strony Bydgoszczy. W budynku dworca sprawdziłem o której mam następny TLK w kierunku Słupsku (16:34). Wróciłem na dworzec odpowiednio wcześniej, na 16:25. I od tego momentu zaczyna się już czeski film.

Wszystkie wyświetlacze na peronie drugim, z wyjątkiem jednego, nie działają, ten zaś który działa, funkcjonuje połowicznie (peron drugi), komentarze z megafonu są kompletnie niezrozumiałe (bełkot), dało się z tego wyłowić poszczególne słowa, takie jak "pociąg", "Przewozy Regionalne", "Intercity". Padł komunikat kompletnie nie zrozumiały, a na jedynym sprawnym wyświetlaczu pojawił się napis: opóźnienie: 30 minut. Oczywiście stało się to o godzinie 16:38, czyli już po planowanym odjeździe.

Zszedłem do przejścia po coś do jedzenia, bo nie spodziewałem się, że moja podróż z Bydgoszczy ostatecznie potrwa 7 godzin i zjeść coś trzeba. Dokładnie 7 minut później jestem już na stacji przy samym budynku dworca i widzę wjeżdżający od strony Tczewa pociąg TLK. Padł jakiś komunikat (blelelelele, buatrrrrrrrrrrrrr sru, blalalala): zero szans zrozumienia. Pociąg stał przy peronie może minutę po czym pojechał w siną dal. Zaznaczam, że gdybym zrozumiał, to co pani mówi do mikrofonu, to może bym i pogalopował, ale skąd miałem się domyślić, że 30 minut dla kolei, dzięki magicznym słowom "opóźnienie może ulec zmianie" oznacza tak naprawdę minut 12? Na peronie było na prawdę zimno, wiał wiatr.



Mówię sobie nic to, skoro następny pociąg miał być dokładnie o 17:10. Z peronu postanowiłem się już nie ruszać, ale oto słyszę kolejny bełkot i widzę jak na jedynym czynnej tablicy dopisuje się 20. Po 20 minutach mamy 40. Finalnie pociąg odjechał 50 minut po czasie, głosu z głośniku już nawet nie słyszałem. Przy okazji poczyniłem ciekawe spostrzeżenie. Papierowa tablica odjazdów na peronie 2 znajduje się przy krańcu tczewskim, przyjazdy, 200 metrów dalej w stronę Gdyni.

Ale to nie koniec jeszcze. Około 17:30 dojechała na dworzec SKM z Pruszcza w kier. Słupska. Ludzie, myśląc, że to właśnie któryś z zagubionych TLK wsiedli do tego pojazdu (co było dalej, można się spodziewać...)

Jakoś w końcu do Słupska dotarłem, następnego dnia miałem 38.5 i jakieś przeziębienie. nic to, nic to...

A za parę dni poznamy nowy rozkład jazdy na 2010/2011. Po za tym zima to zawsze kupa śmiechu. Także zapraszam serdecznie!

wtorek, 20 lipca 2010

Wakacyjne przygody z koleją, czyli tłok, pot, przekleństwa, brud i spóźnienia (+łapówki w rączki kolejarzy)

Co jest przyczyną tego, że w Polsce ludzie chcą jeszcze jeździć koleją? Zastanawiam się, mocno, bo pasjonatów rozumiem (staram się), ale zwyczajnych podróżnych już nie. W zasadzie nie ma tygodnia, żeby do mojej pracy nie przyszedł ktoś, albo nie przyszedł mail w sprawie pkp. W mailach jest wszystko. Od osranych kibli, przez walkę o miejsce, do noclegu na stojąco. Słowem: zaczęły się wakacje.

Ale najpierw krótko o moich najnowszych perypetiach. Na początku czerwca wybraliśmy się z dziewczyną w małą podróż po Polsce na biletach weekendowych. Trasa: Bydgoszcz - Warszawa - Poznań - Wrocław - Bydgoszcz. Nie były to jeszcze wakacje, toteż wielkiego tłoku nie było w wagonach. Ale przygody, owszem - były. To był chyba 6 czerwca.

Po godzinie 7 rano TLK z Bydgoszczy do Warszawy. Wagony - stare i śmierdzące w korytarzach, ale to co nas spotkało w przedziałach przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Po 2-3 minutach spędzonych w środku dostaliśmy jakiegoś ataku kataru, łzawienia i kaszlu. Gdy walnęło się ręką w siedzenie, w powietrze leciała momentalnie wielka chmura kurzu. Zastanawiam się, czy ktokolwiek, przez (na oko) jakieś 30 lat istnienia tego wagonu odkurzył kiedykolwiek siedzenia. No dobra, jest okej, w każdym razie pociąg jedzie, a że jak zwykle do Warszawy dojeżdża opóźniony kilkanaście minut, to już nawet nie zwracam uwagi. Kto by to liczył.

W stolycy kilka godzin i dalej w podróż. Mieliśmy jechać składem do Bydgoszczy i w Kutnie przesiąść się na TLK do Poznania (ponieważ koleżanka wracała do Bydgoszczy), no ale ze względu na kolejne spóźnienie pociągu do Bydgoszczy, jednak pojechaliśmy prosto do Poznania. I tutaj wielkie zaskoczenie, o dziwo pozytywne. Skład TLK po godzinie 19 to był wypas. Bezprzedziałowe wagony, klimatyzacja, czyste kible (chociaż nie mogło być cudownie - w naszym wagonie był jeden popsuty i śmierdziało w całym wagonie kałem w odstępach kilkuminutowych). Prawdopodobnie był to skład ściągnięty z jakiegoś EIC, nie wiem, czy jeździ taki na co dzień. No ale znowu - spóźnienie. Kilkanaście minut, no ale nasz pociąg do Wrocławia już nie czekał i omyłkowo wsiedliśmy do innego TLK jadącego do Katowic przez Żmigród. Trochę w tym naszej winy, trochę pkp, bo szczekaczka wyraźnie zapowiadała pociąg do Katowic przez Wrocław. No dobra. Mimo braku wody w kiblu jakoś do Katowic dojechaliśmy (nawet bez spóźnienia), a dalej przesiadka w Katowicach i do Wrocławia jakoś dało radę.

Powrót też był ciekawy o tyle, że z Wrocławia jakoś do Poznania w syfie dojechaliśmy, ale w Poznaniu mieliśmy już dodatkowe minutki, bo TLK do Gdyni ponownie złapał, z tego co pamiętam, jakieś 20 minut opóźnienia.

Prawdziwy podarunek od losu czekał mnie natomiast podczas podróży z Bydgoszczy do Słupska przez Trójmiasto. Sama podróż odcinkiem Bydgoszcz - Gdańsk trwała prawie 4 godziny. Podróż, zwłaszcza od Bydgoszczy do Laskowic Pomorskich to prawdziwa przygoda, ponieważ często jedzie się z prędkością 30 km/h a nawet i wolniej. Przesympatycznie tak się jedzie (nie rozumiem, dlaczego przewoźnicy autobusowi nie jeżdżą do Trójmiasta z Bydzi, przecież przy tym podejściu PKP PLK do torowisk była by to żyła złota). W Gdańsku czekam na TLK Białystok - Szczecin, czyli dawnego Rybaka. Czekam, czekam, choćby na zapowiedź, ale jej nie ma. Po chwili jest: 60 minut w plecy. Aha, myślę sobie, to idę na miasto. Wracam po 50 minutach, żeby mnie PKP w konia nie zrobiło, że jednak przyjechał wcześniej, co przecież się zdarzało mi już wcześniej. A tu informacji nie ma żadnej: ani na tablicach, ani megafonowej. Czyżby pociąg zniknął? Idę więc do informacji zapytać co też się stało. Ano stało się to: "a tu się coś zepsuło na tablicy, ale ja zaraz zadzwonię, żeby zrobili. A ten pociąg to teraz ze 100 minut opóźniony". Ostatecznie spóźniony był minut 120, przez 50 minut mojego oczekiwania na peronach nikt o spóźnieniu przez megafon nic nie powiedział. Na przodzie pociągu dwie lokomotywy - znać, że jedna powiedziała "nie" (bo wiecie, lokomotywa, która ma prawie 40 lat, może się czasem popsuć). Pasażerom nie bardzo, ale konduktorowi humor dopisywał ("nam płacą za godziny, im dłużej jedzie, tym więcej dostajemy"). Wagony - burdno. I pomyśleć, że jeszcze 4 lata temu ten pociąg wyglądał na prawdę przyzwoicie.


Następna podróż wypadła mi 9 lipca. No tu, to już się wkurwiłem (przepraszam wrażliwych, ale może ktoś z kolei przeczyta, bo jest to słowo, którego pasażerowie używają bardzo często w stosunku do realiów podróży: "kurwa", "wkurwiło", "wkurwiająca/y").

TLK Łeba - Wrocław. Odjazd ze Słupska, chyba 23:26. Pociąg ciągnie 5 wagonów, w tym (uwaga!) 3 z kolonią i 1 pierwszej klasy. Dla pasażerów udostępniono jeden wagon 2 klasy. Było tak na całym odcinku z Łeby do Białogardu (około 180 kilometrów) i dopiero tam, bo wielkich męczarniach (postój trwał chyba 30 minut) dołączono kolejne wagony z Kołobrzegu, które były trochę luźniejsze. Na odcinku ze Słupska do Białogardu było pełno ludzi stało na korytarzu, od Sławna już w ścisku niemal jak bydło. Ale spoko, sądząc po tym, co dzieje się w innych pociągach to i tak możemy uznawać się za szczęśliwców. Polecam przeczytanie tego:

Spoko klimat: pasażerowie biją się o miejsce w pociągu. Fajnie, że mają jeszcze tyle sił, bo ja, gdy wchodzę do jakiegoś sezonowego TLK, to mam ochotę tylko płakać, lub wymiotować.



Linia Wrocław - Międzylesie. Bardzo sympatyczna linia, tylko zapuszczona, jak większość torów w PL

Wracając do opowieści - skład przyjechał do Wrocławia opóźniony 30 minut i cudem poczekał na nas pociąg do Pardubic (my wysiadaliśmy w Kłodzku). Zdyszani ledwo zdąrzyliśmy wsiąśc a już jakaś nadgorliwa amatorka pana Jezusa natarła na nas z pazurami, że niby do lekarze przez nas nie zdąży. Atak słowny został skutecznie odparty, a my już spokojnie dojechaliśmy do Kłodzka eleganckimi czeskimi, czystymi wagonikami. Jechało się na prawdę fajnie. Dalej chcieliśmy dojechać do pociągiem do Kudowy, jednak Przewozy Regionalne powiedziały "nie" ze względu na katastrofalny stan torów i na tej trasie (jednej z najpiękniejszych w Polsce) jeżdżą już obecnie tylko autobusy.



Sympatyczny przedział czeskiego wagonu

Powrót także obfitował w przygody. Już zakup biletów na stacji Kłodzko Miasto to przygoda nie z tej ziemi. Chamstwo kasjerek oraz nieznajomość przez nich zakresu obowiązywania ofert stawia ich kasę w górnym rzędzie najfajniejszych kołchozów w Polsce. Po wyjściu z tego przybytku już spokojnie czekaliśmy na pociąg, kiedy z megafonów popłynął bełkot uświadamiający wszystkim szczęśliwcom opóźnienie pociągu rzędu 30 minut, a potem chyba 40. Już na tym etapie wiedziałem, że we Wrocławiu możemy mieć problemy z przesiadką na TLK do Poznania (tam chcieliśmy spędzić noc). Potwierdził to tylko bezbłędny konduktor, który wprawdzie nie wiedział o której odjeżdża nasz TLK z WRO, ale stwierdził, że 30 minut na przesiadkę (które mieliśmy) to teraz mało w obliczu tego całego syfu na kolei i następnym razem radzi planować podróż z 2 godzinnymi przesiadkami, bo we Wrocławiu jest remont dworca (potrwa dwa lata, hurra!). No a poza tym "jedyna nadzieja, że tamten też się spóźni) i "wszystko się psuje, a zwłaszcza te jednostki" (o złomie EN-57). Oczywiście do Wrocławia opóźnienie jeszcze wzrosło i mowy o przesiadce nie było.
Ostatecznie zrezygnowaliśmy więc z wizyty w Poznaniu i pojechaliśmy prostu do Słupska nocnym TLK (relacja Wrocław gł. - Łeba, czyli ten sam, którym tu przyjechaliśmy). Tutaj, poza tym, że w naszym przedziale mieliśmy wyrwane z prowadnic drzwi, które smętnie zwisały niczym owiewki w samolotach myśliwskich, było ok. I nawet punktualnie na miejsce dojechaliśmy.

Uff. Koniec. Za parę dni część dalsza.

P.S - Info na dzisiaj: w PKP IC nie ma już w nocnych pociągach ochroniarzy. Podobno się nie sprawdzili. Ale jak nie wiadomo o co chodzi, to...

poniedziałek, 17 maja 2010

PKP precz z torów. Zaorać, budować od nowa

Zastrzegam, że tym razem będzie długo, być może dość nerwowo i nie do końca chronologicznie. Kumulowało się we mnie to od początku kwietnia, teraz pora to wydusić z siebie. Trudno pisać cokolwiek, kiedy brak słów, może więc należałoby wyjść na tory, albo położyć się krzyżem na torach i przegryźć je zębami. Nie wiem, nie wiem.

Nie było mnie w Polsce ponad tydzień od 6.V do 14.V. W tym czasie wojna między spółeczkami kolejowymi i długi, jakie Przewozy Regionalne mają u właścicieli torów, czyli PLK (tu małe przypomnienie: stawki za dostęp do torów, które w większości nie nadają się nawet na to by z nich zrobić podporę do działkowej altany, są jedne z najwyższych w Europie) spowodowały, że na trasę nie wyjechało 48 popularnych, bo tanich, pociągów InterRegio. Dotknęło to także Słupsk, bo nie wyjechał IR Słowiniec i IR Albatros, który z resztą nie jeździ po dziś dzień. Standard tych składów urągał nazywaniu ich pociągami, były jednak konkurencją dla PKP IC i ich niewiele lepszych, ale znacznie droższych TLK (dawne pospieszne).

Parę tygodni wcześniej pekapowska ekipa z PKP IC wymyśliła, że obniży ceny miejscówek na swoje najdroższe pociągi, czyli EIC. Pomysł świetny. Tylko przyklasnąć. Przynajmniej takie nastroje były w internecie po przeczytaniu oficjalnego komunikatu na stronie internetowej intercity.pl. Coś mi tu jednak nie grało. Jak to, jakaś pozytywna zmiana na kolei pekapowskiej?
Oczywiście miałem rację - to niemożliwe. O co chodzi? A no o to, że spadły ceny miejscówek, ale równocześnie poszły w górę ceny samych biletów. Wniosek: bilety są dokładnie tak samo drogie jak były.

Jeszcze o cenach biletów naszej polskiej, narodowej chluby, jaką jest niewątpliwie cała wąsata PKP. Już od dawna było dla mnie niezrozumiałe, jak to możliwe, że bilet na pociąg, który na zachodzie byłby hitem może w latach 60-tych, kosztuje tak dużo. Z całą mocą doszło do mnie to podczas mojego pobytu w Portugalii, z której wróciłem parę dni temu. Zważywszy, że w Portugalii średnia płaca jest prawie dwa razy wyższa niż w Polsce, przeżyłem szok.

Oto porównanie:

Pociąg EIC rel. Gdańsk Gł. - Warszawa Centralna 329 kilometrów w czasie 5h. 13 min. =101 zł.

Pociąg InterCidades rel. Lizbona - Porto Campanha 314 kilometrów w czasie 3h. cena = 20 euro, czyli około 80 złotych zważając na obecny kurs euro.



Lokomotywa prowadząca skład jednego z Intercidades. Prędkość maksymalna do 200km/h i ten pociąg tyle jedzie

Standard podróży wymienionymi pociągami jest na korzyść podobno kolei "chorego człowieka Europy", czyli (bo się jeszcze ktoś pomyli), w Portugalii. W Polsce nikt nie myśli o tym, że skoro linie się remontuje i czas podróży się wydłuża, to może by tak ceny poszły w dół, żeby ludzi przyciągnąć do usługi. Biorąc pod uwagę poziom zarobków, standard usług i wszystkie inne czynniki, mamy prawdopodobnie najbardziej pazerną na pieniądze kolej na świecie, która nie liczy się z nikim i niczym. Z czegoś trzeba przecież utrzymywać te tysiące kolejowych darmozjadów (dobrzy kolejarze nie pogniewają się na taki opis sytuacji, wszak powinni mieć podobne zdanie o funkcjonowaniu trupa pod nazwą PKP jak pasażerowie.



Pozdrowienia z Portugalii. Alfa Pendular i 220 km/h V.max. U nas też takie miały być.

Co jeszcze stało się podczas mojej nieobecności w kraju? Przestał jeździć przez Słupsk pociąg EIC Słupia ze względów ekonomicznych (podobno). Kawał jest tego typu, że odwołano go nawet tam, gdzie był pełny, czyli między Trójmiastem a Warszawą. U nas też jeździł kiedyś całkiem nieźle napełniony. Do czasu, kiedy ceny za bilet przy tym czasie jazdy nie zaczęły przypominać kpiny. Ale nawet mimo tego, że wiele osób (nawet u mnie w pracy) wyrażało chęć jazdy tym pociągiem, to niestety terminy ich spotkań służbowych jakoś nie chciały się pogodzić z życzeniem wszechwładnego molocha, aby ludzie do Warszawy jeździli w soboty i poniedziałki, bo tylko wtedy toto jeździło. Oczywiście nie podejmowano żadnych działań aby zachęcić ludzi do jeżdżenia tym pociągiem (promocje, obniżki cen, cokolwiek...). Panowie władający tworem pod nazwą PKP IC już dawno dokopali się do jądra głupoty. A słupski PKS już zaciera rączki i podnosi ceny (i tak taniej niż na kolei, a czas jazdy podobny, więc mogą sobie na to pozwolić). W zasadzie jedyny sensowny sposób, aby dotrzeć na rano do Warszawy to w tej chwili wyłącznie autobus. Podobnie jest w Koszalinie.

Ale to nie koniec.

1 czerwca wyleci z rozkładu przynajmniej kilkanaście pociągów TLK, a może i więcej. Nie są to bynajmniej pociągi, które wożą powietrze. O tak po prostu, z różnych przyczyn wylecą. Na przykład dlatego, że jest mało wagonów, bo część została odstawiona na tereny PKP i przed nikim nie chroniona została zdewastowana przez meneli (czytaj TU), albo z takich, że na linie, które nie są zelektryfikowane, trzeba pożyczać lokomotywy od PKP Cargo, a to "się nie opłaca". Nie sądzę, aby ktoś w ogóle liczył pasażerów w pociągach, które pójdą do likwidacji. Na ile dni wcześniej pasażerowie dowiedzą się o tym, że nie pojedzie ich pociąg? Rzecznik PKP Intercity bez zażenowania mówi, że stanie się to na 7 dni przed ich wypieprzeniem z rozkładu. Polska, taka kraja w środka Europa. Wszyscy w domu zdrowie.

Sposób w jaki najgorsza kolej Europy traktuje swoich klientów już od dawna woła o apelację u Ojca Świętego. Powiedzcie, czy kiedykolwiek udało się Wam (poza Warszawą) spotkać kasę biletową z obsługą w języku angielskim? A może chociaż (poza Warszawą) automat do sprzedaży biletów z językiem angielskim do obsługi tegoż?

Ot, ja na przykład próbowałem kupić bilet na pociąg osobowy z Bydgoszczy do Piły i dalej TLK ze zniżką 26 (jest takie coś, co pozwala osobom nie będącym studentom płacić za bilety do 26 roku życia 26% mniej, to jedna z fajnych ofert, która się ostała) do Słupska. Byłoby dziwne, gdyby pani sprzedała mi bilet właściwy. Po raz kolejny pomyliła relację. Na cud zakrawa fakt, że kobiety w kasach w Słupsku po dwóch latach od istnienia oferty, potrafią już sprzedać Regio Karnet. Ale z kolei konduktorzy w pociągach wciąż nie wiedzą co to jest.

To i tak wszystko jest zaledwie dziecięca zabawa przy możliwościach, jakie ma piździszewicka kolejka prasłowiańska. Ot na przykład jakieś dwa tygodnie temu kolega opowiadał, jak to jechał TLK z Wrocławia do Szczecina i pan konduktor zapraszał do swojego przedziału pasażerów, gdzie sprzedawał im bilet w ofercie "daj do łapy, to pojedziesz połowę taniej". Mi z kolei wielokrotnie zdarzała się sytuacja (głównie na linii Piła Gł. - Bydgoszcz i z powrotem), kiedy konduktor (to z kolei niemal równie zasłużona w uszczęśliwianiu ludzi spółka Przewozy Regionalne) w ogóle nie sprawdzał biletów, bądź pozwalał za darmo podróżować swoim znajomym.

Nie ma co się oszukiwać: polska kolej to obszczany i obsrany dworzec w Gdańsku Wrzeszczu (chyba nawet tabory słowackich cyganów wyglądają lepiej), to kibel pociągu TLK, którym jechałem w nocy z piątku na sobotę (z 14 na 15 maja), a w którym to było na oko jakieś 4 centymetry wody w podłodze, z dachu leciał deszcz kiblanej wody (zbiornik jakiś pękł - nie może być...). To też harcerze, którzy wyczyścili jeden z dworców na południu polski, a potem dostali za to zjeby od PKP (o tutaj więcej) Ludzie w kraju nad Wisłą bardzo lubią kolej, nienawidzą za to szczerze całego PKP.

Dlaczego tak jest? Przytoczę cytat z wypowiedzi v-ce ministra infrastruktury odpowiedzialnego za kolei (który chyba z resztą jej nienawidzi), która chyba wszystko wyjaśnia. To nie jest kawał. Ten facet mówi to poważnie.

"Uważam, że sieć ta - choć zmniejszyła się w ciągu 20 lat o 5 tys. km - jest ciągle za duża w stosunku do potrzeb. PKP PLK ponosi koszty utrzymania 19 tys. km sieci, podczas gdy ok. 90 proc. pracy przewozowej jest realizowana na 14 tys. km. To oznacza, że 5 tys. km jest słabo obciążonych i należałoby przestać je użytkować."(za wnp.pl)

I jeszcze sytuacja, w której ten sam człowiek w zasadzie chwali pomysł uwalenia wielu pociągów, bo "jest kryzys", zamiast szukać innych rozwiązań (ludzie odeszli od kolei, bo nie ma już wspólnych tańszych biletów pomiędzy spółeczkami i podrożały one jednocześnie bardzo, a standard podróży wciąż taki sam jak 30 lat temu)

"Należy też zauważyć, że w 2009 r. nastąpił spadek liczby przewiezionych pasażerów w stosunku do 2008 r. o około 10 mln osób, co jest poważnym ograniczeniem popytowym i ma niewątpliwie związek z ogólnym kryzysem gospodarczym. 10 mln – to jest bardzo duża liczba pasażerów po stronie popytowej, spadek. Na ten spadek przewoźnicy kolejowi powinni generalnie zareagować zmniejszeniem podaży, odwołaniem pociągów czy skróceniem ich składów, i tak zresztą uczyniła spółka PKP InterCity. W roku bieżącym na przykład ograniczyła swoją ofertę w I kwartale 2010 r. w stosunku do końca 2009 r. o 47 pociągów, a łącznie w stosunku do 2008 r. o 88 pociągów."(źródło: orka2.sejm.gov.pl)

Osobiście jestem przekonany, że dopóki kolej będzie się równała PKP, możemy powoli oswajać się z myślą, że to koniec tego środka lokomocji w tym kraju. I na nic zdadzą się pomysły z wariatkowa wzięte (przy tym stanie linii lokalnych), budowy jakiejś tam szybkiej kolei. Wszystkich tym, którzy mają cień wiary w molocha-trumienkę PKP, polecam przejażdżkę dowolnym pociągiem Arrivy, kursującej w województwie Kujawsko-Pomorskim.

A tak w ogóle, za dwa lata mamy Euro 2012. Ale będzie wstyd.

Na koniec optymistyczny akcent: kilkanaście tygodni temu opisywałem sytuację, w której Przewozy Regionalne zostawiły nas w polu. Wszyscy do tego uprawnieni dostali zwrot kasy za tę niedokończoną podróż.

środa, 31 marca 2010

I nie ma że nie ma

Po protestach tysięcy czytających i władz Wyrzyska (i Osieka), chciałbym dodać, że tak naprawdę nie mam nic przeciwko temu, aby każdy pociąg, nawet kategorii InterŚwiat się zatrzymywał na stacji Wyrzysk-Osiek. Żądam, aby to była stacja końcowa dla wszystkiego co się rusza. Przepraszam, proszę, dziękuję.

http://www.youtube.com/watch?v=TwHdrY_pbJI&feature=related

Dla rozluźnienia nerwów o 1:40 w nocy.

poniedziałek, 29 marca 2010

Dramatu na torach ciąg dalszy

Witam serdecznie po dłuższej przerwie. Wiecie, rozumiecie... ostatnio sporo jeżdżę koleją (wciąga jak narkotyk, z podobnymi efektami ubocznymi: wymioty, zgaga, długie godziny snu po męczarni w EN57) i przytłoczyło mnie to wszystko.

Idzie wiosna - idzie nowe. Pociągi - trupy przestaną już zamarzać w polu, drzwi w składach będą się otwierać. Może w kwietniu pojawi się nawet woda w kiblach (od grudnia do końca marca przejechałem się łącznie około 45 pociągami Regio, InterRegio i dwa razy TLK. Wody nie było w ani jednym klopie i zlewie). Tak przynajmniej myślałem, no ale 17 marca musiałem wsiąść do pociągu w kierunku Szczecinka (aby dalej z przesiadkami dojechać do Bydgoszczy) i mega-rakieta złożona z piętrusów (konstrukcyjnie koniec lat 30-tych XX wieku) ciągniona przez czerwono-srebrny twór polskiej myśli technicznej, stanęła tuż za Kępicami i powiedziała dość. Z resztą: lokomotywa ta lubi takie akcje, podobno już parę razy postanowiła zdechnąć w tym roku.



Przesiadki się sypnęły, pani konduktor nie może nawet zadzwonić do przełożonych (telefon z Plusa - brak zasięgu), nie ma też oczywiście służbowego rozkładu jazdy i nie jest w stanie nic powiedzieć podróżnym, którzy podobnie jak ja i jeszcze kilkanaście osób, chciały dostać się gdzieś dalej niż do Miastka, czy Szczecinka. Łaskawie pożyczyłem pani konduktor swój telefon, a przesiadki posprawdzałem zdalnie dzwoniąc do Adasia. Okazało się, że dupa blada, ale tego dnia dojedziemy co najwyżej do malowniczej stacji Wyrzysk - Osiek, bo kiedy w końcu nasz stojący w polu złom ruszył, (został dociągnięty do stacji Szczecinek przez następny pociąg na tej trasie) w Szczecinku pozostała już tylko opcja do Piły i dalej właśnie do Wyrzyska.
To w ogóle jest zajebiście genialna konstrukcja - bowiem, ktoś uznał, że do Bydgoszczy z Piły ten pociąg jeździ tylko w niedzielę, a w resztę niegodnych wieczorów, kiblować ma na Wyrzysk-Osiek Centralny. Po co? Dlaczego? Widać 16 osób, które jechało tym pociągiem to mega wypas i kolei nie opłaca się doprowadzić tego połączenia ani do Bydgoszczy, ani do Nakła.
Całe szczęście, że z Wyrzyska zabrał nas autem człowiek, którego udało nam się sprowadzić z Bydgoszczy. Nie chciałbym umierać w Wyrzysku przy temperaturze +2. Ale za paliwko trzeba było zapłacić. Tym razem jednak wściekłość moja i współpasażerów sięgnęła stanów górnych i w 3 osoby napisaliśmy reklamację, żądając zwrotu pieniędzy za bilety i paliwo (mi akurat nic nie oddadzą, bo jechałem na RegioKarnecie, a nie na bilecie relacyjnym - ot, taka przestroga, dla miłośników tej oferty, do których sam należę). Sprawa jest w toku, list polecony razem z fakturą za paliwo i dołączonymi biletami wysłany do Przewozów Regionalnych. Zobaczymy co będzie dalej.

Coś jeszcze mi się przypomina, a propos RegioKarnetu. Kolega, który ostatnio kupił ten bilet za moją namową, przejechał relację Słupsk - Szczecin i Szczecin - Słupsk (dwa dni) i według wszelkich prawideł powinien mieć wykorzystane dwa, z trzech odcinki tego biletu. Tyle tylko, że nie widział, iż trzeba go podbić albo w kasie, albo w pociągu u konduktora. Co w tej sytuacji zrobili panowie kolejarze? Nic! Po prostu wbijali numerki na czystym blankiecie, które w tej sytuacji znaczą tyle co nic. Więc kolega nadal ma 3 dni przejazdów i obiecał sprawdzić jak długo panowie konduktorzy, którzy nie wiedzą czym jest RegioKarnet raczą tolerować ten proceder. Może będzie jeździł bez końca za 55 złotych?

To całkiem możliwe - ponieważ z doświadczenia wiem, jaka jest znajomość w Przewozach Regionalnych czegokolwiek, co nie jest zwykłym biletem. Kilkakrotnie już mi się zdarzało, że za legalizację RegioKarnetu chciano ode mnie pieniędzy (!), innym razem konduktor orzekł, że mam już bilet wykorzystany i on mi podbije następny dzień (mimo, że działo się to jednego dnia - uznał chyba, że jedna pieczątka z poprzedniego pociągu = jeden odcinek biletu). RegioKarnety kupuję bez problemu tylko w Bydgoszczy - w Słupsku jest wieczna niewiedza i długie minuty wystane przed okienkiem, zanim pani się połapie w blankiecikach. Co ciekawe - bilet ten znacznie łatwiej kupić w kasach PKP Intercity, niż w okienkach Przewozów, które przecież firmują Karnet. Paranoja, ale to tylko jedna z wielu.

Z kraju: pociągi wracają w Bieszczady, to znaczy na razie tylko osobowe. Nie do końca wiadomo czy będą w ogóle będą skomunikowane z jakimiś składami dalekobieżnymi na stacjach węzłowych, bo kolejarzom i tamtejszemu urzędowi marszałkowskiemu zależy na to, aby była praca, a nie pasażerowie. Czyli wszystko po staremu.

Do tego Przewozy Regionalne mają się wynosić z kas dworcowych - nie dogadały się z wszechpotężnym, wielkim i mocarnym PKP. Durno i straszno. Cholera wie co będzie w tej kwestii.

A jeszcze tak na marginesie: Wrocław dzieli od Pragi prawie 300 kilometrów. Co się okazuje? Między oboma miastami nie istnieje bezpośrednia komunikacja koleją. Pozostawię to bez komentarza.

czwartek, 14 stycznia 2010

Gorzej, gorzej, gorzejsiej?

Kolej zaskakuje: to pewne. Ale żeby aż tak?

Nie spodziewałem się, że kiedyś zabraknie mi słów na opisanie tego nieskończenie wielkiego jak "niekończąca się opowieść" burdelu, cyrku, porażki, klęski. Mowa o ataku srogiej zimy, która rozłożyła trakcję elektryczną od Warszawy po Kraków, a z którą kolejarze od soboty nie mogą sobie dobrze do dzisiaj (czwartek) poradzić. Oczywiście okazało się, że nie istnieją procedury awaryjne na kolei, że z tysiącami ludzi w składach nie wiadomo co zrobić. Wytworzył się burdel nie z tej ziemi. Można o tym poczytać TU, albo TU. Na dokładkę jeszcze z lokalnych mediów TU.




Zdjęcie na podwieczorek: pociąg relacji Zagórz - Jasło na stacji początkowej. Od stycznia w ogóle już nie kursuje. Przeczytasz o tym w poprzednim moim wpisie.

Zastanawiam się, co zrobi kolej, aby przyciągnąć do siebie klientów, którym zafundowała spóźnienia po 500 minut i więcej. W normalnym kraju przewoźnik (podobnie jak linie lotnicze to robią) musiałby wypłacić odszkodowania swoim klientom. Jednak u nas ludzie, którzy płacą krocie za bilety na pociągi, które są w przeważającej większości zimne, brudne i bez wody w kiblach (o tym szerzej za chwilę), traktowani są jak bydło, jak nic. Skargi można pisać do pani zimy, albo do dziadka mroza, bo to oni w komitywie rozpieprzają szyny, sieć trakcyjną, złośliwie zasypują zwrotnice i wpuszczają do pociągów swojego przyjaciela: śnieg. Nikomu z matołów od góry do dołu (rządzący zwolnili do połowy 2011 roku przewoźników kolejowych dalekobieżnych z obowiązku wypłat odszkodowań za opóźnienia) nie przyszło do głowy, że człowiek, który spędził na środku pola w zimnym przeważnie pociągu kilkaset minut, a któremu nie wypłaci się odszkodowania za poniesioną stratę, będzie miał w dupie kolej aż do końca (swoich albo jej) dni. Później będzie jęczenie, błaganie o dotacje z moich i Waszych podatków, będą zamykane linie i obcinane kursy. Wszystko przez tych wrednych podróżnych, którzy przesiądą się do autobusów, samolotów (tak, tak) i własnych aut.

Napiszę może jednak o swoich wrażeniach z podróży, bowiem miałem okazję pojeździć ostatnio troszeczkę. Polecę starą formułą po datach:

7 stycznia: W kasie w Słupsku próbuję kupić RegioKarnet. To całkiem sympatyczna promocja, która pozwala zaoszczędzić sporo na biletach jeśli jeździmy pociągami Regio (czyli osobowe) lub InterRegio spółki Przewozy Regionalne (o szczegółach przeczytasz TU). Oczywiście już na wstępie problem. Normalnie być przecież nie może. Jak się okazuje, pani w kasie PKP IC nie wie jak sprzedać mi taki bilet (oferta obowiązuje chyba od dwóch lat), a kasach PR akurat nikogo nie ma. Przyznaje jednak, że kasjerka zachowała się przynajmniej grzecznie: poszukała, popytała i już po 10 minutach stania przy okienku miałem bilet.

Wsiadam do pociągu osobowego Słupsk - Szczecinek (stare wagony piętrowe rządzą!), sobie siadam i jadę. Im szybciej tym gorzej: z nieszczelnych okien zawiewa śniegiem, tak samo z drzwi. Niektóre z nich z resztą na mrozie są prawie nie do ruszenia (dla laików: drzwi ważące kilkadziesiąt kilo albo więcej rozsuwa się w starych piętrowych ręcznie), no ale w końcu planowo docieram do Szczecinka i nawet się zastanawiam, czy na chwilę do knajpy nie wpaść, no ale za mało czasu jest.

Następna osobówka do Poznania też przyjeżdża o czasie. W środku ciepło, tylko rzuca pasażerami jak szmatami na maszcie po siedzeniach, no ale taka to już wygoda podróżowania składami, które konstrukcyjnie są w latach 60-tych. W Pile kolejne przejście do pociągu już do samej Bydgoszczy. O dziwo też wszystko wyszło planowo i bez problemu. Może za wyjątkiem siedzeń, które mogłyby służyć jako korektor wad postawy dla dzieci do lat 6. Super wygoda siedzenia na metalowej obitej materiałem ławie, pozbawionej podparcia na barki. Taki tam niuans. To, że we wszystkich trzech pociągach brakowało wody, to też tylko szczególik nic nie znaczący.

9 stycznia: Podróż do Warszawy i z powrotem na świetną wystawę malarstwa Jacka Malczewskiego (polecam mocno: szczegóły TU). Kupujemy sobie z partnerką po bilecie podróżnika za 65 złotych (szczegóły oferty TU) i śmiało do wagonu. TLK Bydgoszcz - Lublin (pierwszy raz w życiu jechałem teelką). Prędkość do Torunia słabiutka, a do tego jeszcze prace przy wycince drzew przy torach, ale jeszcze jedziemy o czasie. W kiblu oczywiście wody brak, ale za to są świeże chusteczki mydło. Mydło można zjeść, a z papieru zrobić sobie samolot. W końcu, do samolotu mogliśmy strzelać śnieżnymi kulami, bowiem gdzieś w okolicach Kutna śniegu w przedsionkach, nawianego z nieszczelnych drzwi, było już sporo. Tutaj właśnie pociąg stanął i po zrobieniu ze dwa razy po 500 metrów zatrzymał się na dobre (w międzyczasie zmieniliśmy przedział, bo wcześniej trafiliśmy na jakieś nieciekawe, a rozgadane przy okazji, moherowo-polsko--harlekinowe towarzystwo). Stał tak sobie 60 minut. Niektóre przedziały rozgrzane do czerwoności, na korytarzu z kolei zimno (pytanie pasażerki: "panie konduktorze, czy mógłby pan zmniejszyć to ogrzewanie?" odpowiedź: "mogę wyłączyć, ale wtedy mogę już nie włączyć, więc jak pani za ciepło, to proszę wyjść na korytarz". i git). Ostatecznie turbodymomen TLK dotarł 80 minut opóźniony (na tablicach było, że 60) do Warszawy Centralnej.

Z powrotem pociąg tej samej relacji. Jeszcze na 10 minut przed przyjazdem nie jest pokazywany na elektronicznych tablicach, ale już za chwilę informacja, że jest 40 minut spóźniony. Okazało się, że w sumie możemy i tak się cieszyć, bo właśnie zaczynała się apokalipsa i składy z południa (głównie z Krakowa) miały po 6 godzin w plecy). Na dworcu burdel nie z tej ziemi - kolejka do informacji olbrzymia. W końcu nasz pociąg odjeżdża i poza iskrami z sieci trakcyjnej (to właśnie oblodzenie przewodów rozłożyło kolej na południu) jest normalnie. Oczywiście tylko wody w kiblu nie ma. No cóż. To są TANIE linie kolejowe (ładne mi tanie; gdybym jechał nie z biletem podróżnika, a na normalnych bilecie, zapłaciłbym w dwie strony 100 złotych).

10 stycznia. Powrót do Słupska z Bydgoszczy. Jako, że miałem bilet podróżnika, ważny aż do poniedziałku do 6 rano, zdecydowałem, że do Piły kupię sobie bilet na osobówkę, a dalej pojadę TLK rel. Przemyśl - Gdynia przez Słupsk, właśnie na tym bilecie, oszczędzając przy tym RegioKarnet na inną okazję. Trochę to zagmatwane, ale jak ktoś zajrzy do szczegółów oferty karnetu, to zrozumie.

W każdym razie odjazd osobówki (sorry, REGIO wypasu, klocowatego tworzywa EN57) 6 minut po czasie, bo tradycyjnie czekamy na coś innego (to się zdarza prawie codziennie, mimo to nikt nie zmienił godzin odjazdu). Wody w kiblu, a jakże, brak. Na szczęście w Pile w miarę o czasie (tylko 10 minut na przesiadkę w TLK). I teraz najlepsze: słyszę z megafonu: "pociąg TLK z Przemyśla do Gdyni przyjdzie z opóźnieniem ok. 20 minut" (planowy przyjazd 19:23, odjazd 19:26). Dobra, myślę, po coś do żarcia pójdę, bo inaczej z głodu zdechnę. Przy peronach jestem z powrotem o godzinie 19:36, pociągu już nie ma, za to tłumek jakiś się pojawił. Po chwili okazuje się, że pociąg właśnie odjechał. Poszedłem do kas zapytać o co chodzi w tym burdelu, ale panie wmawiały mi, że pociąg na stacji był jeszcze 19:40 (bzdura), i że powiedział pan zapowiadający słowo "około", gdy mówił o tych 20 miunutach. Akurat tak się zdarzyło, że chwilę po moim pociągu (który był już gdzieś w połowie drogi do Szczecinka) pan "megafoniarz" zapowiadał inny pociąg, tym razem z Chojnic, przy czym za pierwszym razem mówił o 90 minutach, chwilę później już o 60. Zapytałem panie, czy tak właśnie na kolei wygląda "około", a w odpowiedzi dostałem do wypełnienia, UWAGA: księgę skarg i wniosków! Tak, dokładnie, taką samą jaka była w sklepach za PRL. Popatrzyłem na to z politowaniem, strasząc wystąpieniem z listem do dyrektora całego tego burdelu (wkrótce mi odeszły chęci na to, bo to przecież bezcelowe jest zupełnie).

Na szczęście za chwilę wjechał InterRegio, którym udało mi się zabrać dzięki temu, że miałem RegioKarnet. Ledwo na niego zdążyłem w ferworze kłótni z kasjerkami. Przez pierwszą godzinę jazdy, byłem tak wściekły całą sytuacją, że aż ze mnie parowało. Potem też ze mnie parowało, bo w megasuperEN57 było chyba z 30 stopni na plusie, jak nie lepiej. Na szczęście wietrzenie przedziału, które wykonałem w Koszalinie, coś pomogło i nie uległem szokowi termicznemu. W kiblu oczywiście wody brak, a do tego doszła atrakcja z rozwalonym zamkiem, który otworzyłem dopiero po użyciu siły. Niezbyt silna kobieta na 100% by się w tej "ubikacji" zatrzasnęła na amen.

Uff. Jak ja lubię pociągi.

Na parę dni przerwa, bo zawału dostanę.

sobota, 2 stycznia 2010

Mamy 2010 rok, ale kolej jest chyba w 1910

Witam serdecznie czytelników w 2010. Z życzeniami noworocznymi: aby Wasze dzieci (wnuki to już raczej są bez szans) mogły zobaczyć na własne oczy co to jest pociąg, bo jeśli pójdzie tak dalej, to mogą mieć problemy.

Noworoczne życzenia składają także kolejarze. Jest też od nich prezent w postaci wywalenia z rozkładu jazdy pociągów relacji Jasło - Zagórz przez spółkę Przewozy Regionalne (wcześniej tragiczny rozkład jazdy, brak skomunikowań z pociągami dalekobieżnymi, słaba prędkość, drogie bilety, wagony 30 letnie = wygaszenie popytu na te pociągi. Po szczegóły odsyłam TU). Wcześniej z rozkładu wyleciał dalekobieżny pociąg pospieszny. Oznacza to koniec kolei w Biszczadach. Jedynymi liniami które jeszcze tam działają są: Zagórz - Chyrów (Ukraina) dwie pary, oraz letnie dwie pary do granicy Słowackiej w Łupkowie. W praktyce oznacza to, że w Bieszczady koleją możemy dojechać ze Słowacji (latem) i z Ukrainy. Z Polski jest to niemożliwe.
Ciekawostka: mimo, że pociągi nie jeżdżą, w internetowym rozkładzie jazdy nadal widnieją. Komentarz?

Z innych wspaniałych nowin: internetowy rozkład jazdy w końcu zaczął podawać właściwe ceny biletów na pociągi (od 13 grudnia do 31 grudnia podawał ceny z kosmosu niejednokrotnie podrażając ich ceny o 100% i więcej). Strat jakie z tego tytułu poniosła kolej nikt nie jest w stanie obliczyć, ale też i nikt nie będzie ich liczył. W PKP odchodzą lepsze wałki.

Rozkład jazdy w internecie to w ogóle jest fajna sprawa. Na przykład na linii Bydgoszcz - Warszawa nie pokazuje się jeden z pociągów IR, a jeśli na przesiadkę są 2 minuty (na przykład z osobówki z kierunku Szczecinka - dojeżdża do Białogardu i mamy IR Szczecin - Gdynia wieczorem), to hafas też tego nie pokaże.

Zgodnie z moimi oczekiwaniami zmiana nazw z pospiesznych na TLK jest problemem nie do przejścia dla ekip dworcowych. W Słupsku wyświetlacze klapkowe na peronach po prostu są nieużywane (wystarczy w nich nakleić nazwę "TLK" zamiast "pospieszny" tak jak to zrobiono w Bydgoszczy) Informacji też już od 1 grudnia na dworcu nie ma. Możesz pytać sobie w kasach, może ktoś będzie znał odpowiedź. A przy okazji jak ktoś będzie chciał za tobą kupić bilet, bo się spieszy, to możesz jeszcze opierdol zgarnąć, że pytasz w kasach. A gdzie niby to robić?


Pociąg TLK Kołobrzeg - Kraków. Informacji na wyświetlaczach peronowych brak

O ciekawej sytuacji związanej z kursowaniem SKM i ekipą słupskiego dworca podczas sylwestra pisze Głos Pomorza. Czytaj Tu

A dzisiaj np. elektroniczy (tak, tak, jest taki) dworcowy rozkład jazdy w Słupsku w ogóle nie pokazał odjazdu pociągu relacji Kraków - Kołobrzeg. Był za to wyświetlony jego przyjazd. To może tak dla równowagi, bo z kolei papierowe tablice z rozkładami w tym roku nie zawierają przyjazdów. Rzecznik Przewozów Regionalnych w rozmowie z moim redakcyjnym kolegą stwierdził, że nie będą drukować przyjazdów, bo i tak się zbyt często zmieniają.

Do zobaczenia w pociągu!