poniedziałek, 2 listopada 2009

15 - 18 października. Wielka podróż z PKP (czyli wesoło nie jest)

15 października: Tak się złożyło, że tego dnia musiałem ruszyć dupsko i z Gdańska Oliwy do Bydgoszczy i dalej do Wrocławia jakoś przejechać, po czym jakoś powoli wracać do pięknego miasta nad rzeką Słupią (o którym jakiś ślepiec kiedyś powiedział, że jest Paryżem Północy, później zaś w ferworze walki o podniesienie (dosłownie!) jego rangi nazwał je "Miastem Wieżyczek" - jezuuu...) via Bydgoszcz.

Gwoli ścisłości: w Gdańsku odwiedziłem akurat targi kolejowe Trako 2009. Zwiedzający mogli min. obejrzeć lokomotywy i wagony, które na polskich torach pojawią się dopiero wtedy, kiedy zużyją się u naszych zachodnich bądź południowych sąsiadów.

Przyszłość kolei w Polsce?


Z luksusów wróciłem do szarej rzeczywistości, czyli dworca Gdańsk Oliwa. Wrażenia zapachowe i wizualne takie same jak na większości dworców w Polsce, więc co ja się będę tutaj rozpisywał. Każdy i tak to zna. Fajnie, że udało mi się kupić bilet, bo pani kasjerka akurat nie miała drobnych, więc teoretycznie mogło mi się to nie udać.

O dziwo podróż odbyła się bez większych zakłóceń. Pociąg odjechał o czasie (18:04 chyba) i dojechał na miejsce o czasie. Ciepło i nawet woda w kiblu była (a zdarzały mi się już takie przypadki, że od początkowej stacji nie było). Pan kolejarz nawet stacje zapowiadał i to chyba z kartki, bo nie plątał się w wypowiedziach tak jak to zwykle bywa. Tak mi się ta podróż spodobała, że zapomniałem o prawdziwym obliczu polskiego syfu, o przepraszam, polskich kolei.

16 października: Gdzieś pomiędzy godziną 11 a 12 czekam na pociąg pospieszny Mieszko na dworcu w Bydgoszczy. O której godzinie dokładnie to było nie wiem. Jakie to ma z resztą znaczenie, skoro inną godzinę podają w internecie, inną na dworcu, a pociąg i tak przyjechał spóźniony 10 minut, chociaż podawali, że spóźni się minut 5. Ostatecznie odjechał z 15 minutową obsuwą. Yeah! To lubię!

W Poznaniu przesiadka z "Mieszka" na "Krakowiankę" i jedziemy do Wrocławia. Dla niezorientowanych: "Krakowianka" to był jeszcze niedawno jeden z flagowych pociągów spółki PKP Przewozy Regionalne, od czasu kiedy pospieszne przejęło PKP IC z tym pociągiem i jego składem jest coraz gorzej. Ale żeby nie było, że PKP PR dobre, a PKP IC złe, to napiszę, że już za czasów tego pierwszego molocha wagony po przeprowadzonej niedawno modernizacji za unijną kasę jeździły oblepione brudem, którego nikt nie zmywał.

Do rzeczy. Pociąg odjeżdża parę minut spóźniony, w środku ludzie z biletami na 1 klasę , którzy i tak jadą w drugiej, ponieważ w składzie jest tylko jedna jedynka. Pani konduktorka po prostu odpowiada ludziom, żeby jechali w 2, a ona im wypisze na bilecie, że w bilecie na 1 miejsc nie było. Pewnie, niech się uczą, że w Polsce 1 to tylko taka fenaberia, która nie gwarantuje ani miejsca, ani lepszego komfortu jazdy. Niech jeżdżą dwójką, a jak się nie podoba, to mogą autobusem, pieszo, albo furmanką.
W kilku wagonach nie ma wody. W moim między innymi. Pięknie, k....., pięknie.

17 października

Powrót z Wrocławia i wizyta na kolejowym dworcu na długo pozostaną mi w pamięci. Nie, wcale mnie to nie zdziwiło, że pani w kasie traktowała mnie, czyli klienta, jak intruza, ponieważ zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. W sumie i tak nieźle było, bo po 10 minutach udało mi się w końcu wybłagać informację o cenie biletów na interesujące mnie kombinację połączeń. Czego się dowiedziałem? Że bilet na pociąg pospieszny do Poznania i dalej InterRegio do Torunia i stamtąd osobówka do Bydgoszczy (czyli jakieś 70% trasy tak naprawdę zwykłym pociągiem osobowym), jest znacznie droższy niż bilet na pociąg pospieszny do Bydgoszczy z jedną przesiadką w Poznaniu. Czyli jest tak: jedziesz dłużej, w gorszych warunkach = płacisz więcej, czyli kwintesencja polskich kolei. A dzieje się tak od momentu przejęcia pospiesznych przez PKP IC. Spółeczki nie potrafią się ze sobą dogadać i przestały stosować bonifikaty od kilometra. Jest to jedno z działań mających sprawić, że pasażerowie tłumnie zaczną korzystać z szerokiej oferty polskich kolei.

Wybrałem opcję pospieszną, z tym, że czekała mnie prawie trzygodzinna przerwa w jeździe na dworcu w Poznaniu. Zanim to jednak się stało trzeba było wsiąść w pociąg rel. Przemyśl - Szczecin i próbować znaleźć wolne miejsce. Nie udało mi się to jednak, bo przedziały były pozajmowane często w 100%, a jeśli tak nawet nie było, to próby przebudzenia śpiącej gdzie i jak się da gawiedzi były bezskuteczne. W normalnym kraju na pociągi nocne albo sprzedaje się miejscówki, albo chodzi po pociągu konduktor, który znajduje pasażerom miejsca siedzące. Mi się to nie udało, więc kilka godzin do Poznania spędziłem w pomieszczeniu po usuniętej toalecie przy korytarzu. Chłód z nieszczelnych drzwi i okien bardzo umilił mi podróż. Reakcje konduktora: brak.

Kilka godzin w poczekalni na dworcu w Poznaniu, który od lat ma być przebudowany, ale nic z tego nie wychodzi (bądźmy dobrej myśli). Ptaki srają na ludzi i generalnie jest wesoło. Poczekalnia, to tak naprawdę KFC. Ale nikt się nie czepia, kiedy skonany zasypiam na stole.

I jeszcze pociąg do Bydgoszczy (relacja do Gdyni, chyba z Wrocławia). Oczywiście spóźniony, oczywiście zapowiadają, że wjeżdża dużo wcześniej niż wjechał i oczywiście tablice peronowe kłamią, że to tylko 5 minut po czasie. Było 10. Na szczęście na ten dzień wrażeń już dość. Stanowcze "dość" też z mojej strony.

18 października: Powrót do Słupska z Bydzi. Ryzykuję i znowu pociągiem, bo o 10 złotych taniej niż autobusem (z resztą w niedzielę i tak czasem brakuje już w nim miejsc). Znowu osobówka do Bydgoszczy i IR dalej do Słupska. Chciałem skorzystać z usług kasy PKP PR, która to obsługuje te połączenia, ale kasy te i tak były zamknięte. Może to i lepiej, bo w kasie PKP IC bilety kupiłem w 40 sekund, a nie tak jak ostatnio w 10 minut (patrz poprzedni wpis).

Odjazd kibla (EN57) z Bydgoszczy opóźniony, bo tradycyjnie czeka na przyjazd jakiegoś innego pociągu. W efekcie w Pile 5 minut po czasie. Znowu policzyłem sobie pasażerów Słowińca, który jeszcze kilka miesięcy temu jeździł do Słupska, a teraz kończy w Kołobrzegu. Na 7 wagonów ok. 90 pasażerów, czyli lepiej niż tydzień wcześniej, ale i tak dwa razy gorzej niż wtedy kiedy jeździł do Słupska. Na dworcu w Pile ktoś otworzył całkiem przyjemną knajpkę i w końcu można w ludzkich warunkach poczekać na pociąg. Brawo dla tego pana!

Znowu obserwowałem makabryczne sceny w pociągu osobowym. rel. Koszalin - Poznań. Jak widać, mimo, że jeden EZT (dla niezorientowanych: trójwagonowy elektryczny pociąg) tydzień wcześniej ledwo pomieścił wszystkich chętnych tydzień wcześniej, PKP PR postanowiła uraczyć swoich pasażerów po raz kolejny porcją wrażeń made in pikejpi. Ludzie nie mieścili się w pociągu i konieczna była łaska kolejarzy, którzy otworzyli dla nich przedział służbowy. Ale niewiele to zmieniło, bo kierownik pociągu dzwonił już gdzieś do wyższych funfli, że on nie da rady już zabierać pasażerów po drodze i że sprawdzanie biletów nie możliwe. Ludzie oczekujący na inne pociągi patrzyli na te sceny z zażenowaniem. Ale to jeszcze nic przy jakimś miejscowym kolejarzu, który powiedział, że bilety powinno się sprzedawać na miejsca siedzące, a reszta niech jeździ albo innymi pociągami, albo autobusem. Spodziewam się niestety, że taka postawa pokutuje w większej części kolejarskiego środowiska.

Poniżej zdjęcie owego cudu.



W IR ledwo znalazłem miejsce siedzące, a parę osób stało. Do Słupska (niedziela) dojeżdża ok. 100 pasażerów, czyli frekwencja świetna, jak na końcową stację. Pociąg oczywiscie spóźniony 15 minut już w Pile, a do Słupska już 20, bo tak jak pisałem już wcześniej, stare jednostki EN 57 (czasy Gomułki) nie dają sobie rady z rozkładem jak dla ekspresów.

Dobra, na dziś dość. Wkrótce coś dopiszę.

1 komentarz:

  1. W Anglii kompletnie na odwrót (niestety ze wszystkim). Komfort jazdy: idealny, nawet w 2 klasie, a może szczególnie? Szybkość: stosunkowa - jak następny pociąg ma przyjechać za 5 minut to przyjedzie, ani minuty wstecz ani do przodu - pociągi nie czekają na siebie, wszystko jest ustawione jak w zegarku, nikt nie musi czekać. Jest woda w kiblach:).

    Niestety to samo dotyczy cen za ten luksus: bilet w obie strony do Londynu z okolic Doncaster kosztował o 30% więcej niż sam bilet lotniczy (też w obie strony!).

    Gdyby ktoś wyniuchał dobry interes z tanimi liniami lotniczymi wewnątrz kraju zrobiłby furorę i zrujnował tym samym twór zwany PKP:)

    OdpowiedzUsuń